16.12.16

Wigilia na Wrzosowej [BLOGMAS]

      Przy Wrzosowej nigdy nic się nie dzieje.
      Nie ma znaczenia, czy to pierwszy dzień wiosny, początek wakacji, sylwester czy wigilia Bożego Narodzenia. Zawsze jest cicho, mało kto idzie ulicą, nawet psy nie szczekają. Młodzi imprezowicze powiedzieliby: dzielnica nudziarzy, a romantycy: dzielnica samotników. Mieszkaniec może zdecydowałby się na „dzielnicę grzeszników”, gdyby tylko dane mu było się nad tym zastanowić. A i nawet wtedy nie powiedziałby o tej myśli nikomu.
     Pod trójką mieszkała Aniela. Starsza pani, matka trójki dzieci i babcia co najmniej siedmiorga wnucząt. Ciepła jak świeżo upieczona bułeczka, zawsze z dobrotliwym uśmiechem na twarzy i rumianymi policzkami. Koleżankom z klubu brydżowego chwaliła się swoimi naturalnymi zębami, mimo że tak naprawdę dwa były sztuczne i wstawione. Często opowiadała, że nie może się doczekać świąt, kiedy przyjadą wszystkie jej dzieci: prawnik Marek, dziennikarka Aneta i nauczyciel Robert. Aniela kochała swoją rodzinę i co roku ręcznie dziergała każdemu parę bamboszy, wkładając w tę pracę całe swoje serce (i wszystkie zapasy włóczki) i nie mogąc się doczekać uśmiechów na twarzach najbliższych. Kapcie były ciepłe, idealne na zimę, szczególnie dla Anety, której wiecznie było zimno w stopy. To pewnie przez te kafelki w salonie, ciekawe, czy już je wymienili z Rafałem na drewno… mieli to zrobić kilka lat temu.
     Aniela od śmierci męża nie organizowała wigilijnej kolacji. Wyciągała tylko dwa talerze: dla siebie i wędrowca. Po barszczu oglądała Kevina na Polsacie. Kładła się spać najwcześniej w bloku.

     Pod piątką mieszkał Krzysztof, świeżo rozwiedziony i świeżo wyrzucony z pracy hazardzista, który nie wiadomo w jaki sposób opłacał czynsz. Krzysztof nie uznawał Bożego Narodzenia, odkąd przegrał wszystkie pieniądze na tydzień przed wigilią, co skutkowało brakiem kolacji i rozwodem z żoną. Rozgoryczenie wzbudziło w nim agresję, dlatego trzy miesiące po rozwodzie szef wręczył mu wypowiedzenie. Miał szczęście, że tylko tyle i nie skończyło się na kolejnej rozprawie sądowej, ponieważ uderzył kolegę z biurka obok.
     Krzysztof nie szukał kolejnej pracy ani szczęścia w życiu. Rzadko wychodził z domu, mimo że wszędobylskie reklamy Coca-Coli napawały go obrzydzeniem. Do samego siebie, nie do świąt.

     Całą noc narodzenia Chrystusa Krzysztof przesiadywał przed ekranem swojego antycznego niemal laptopa, grając z Rosjanami w Counter Srike’a. Co jakiś czas oferował któremuś zakład o wynik, ale nikt się nie zgadzał. Nie rozumiał dlaczego – przecież i tak zawsze przegrywał.
     Rozgrywkę przerywał tylko raz, kiedy pani Anielka przynosiła mu coroczną parę kapci.
     – Zostało mi trochę włóczki! – Uśmiechała się przepraszająco, a on podziwiał, z jaką precyzją wykonała bambosze dla sąsiada, z którym praktycznie nie rozmawiała.
     Szkoda tylko, że zawsze robiła rozmiar za małe.

     Angelika spod dwójki cały grudzień z zapałem śledziła ceny lotów do Australii. Miała nadzieję spędzić święta z córką, ale cały plan spalał na panewce, bo nawet nie wiedziała, w jakim mieście mieszkała Wiktoria. Zresztą, na przelot i tak nie było jej stać.
     Wyciągała dwa talerze: dla siebie i swojego kota Kretyna. Nie chciała widzieć u swoich drzwi żadnych wędrowców. Tak, jak nie chciała widzieć brzuchatej Wiktorii dwanaście lat temu. Krew w Angelice zawrzała, kiedy przypomniała sobie to zdarzenie, oglądając w lustrze swoją pozbawioną zmarszczek twarz.
     – Ja miałabym być babcią? – mruknęła w stronę Kretyna. – Po moim trupie. Albo po trupie mojej cery.
     Gardziła polską telewizją i nawet w wigilię oglądała tylko CNN. Kradzione sąsiadowi spod piątki. Jak on miał? Krystian? Jakoś tak. Angelice nie robiło to różnicy, dopóki nie trzeba było wysłać mu pozwu sądowego. A nie trzeba było, bo pozwy kosztują.
     Jeszcze zanim zasiadała do kolacji, do drzwi dzwoniła ta upierdliwa babcia, jak jej tam. Angela? Nie, zbyt podobne do Angeliki. Babcia przynosiła bambosze, Angelika dziękowała, a po chwili wyrzucała kapcie do kosza. Po domu i tak chodziła w szpilkach.

     W mieszkaniu numer osiem mieszkała rodzina Przybyszów – Bożena, jej mąż Stefan i ich czwórka dzieci: Daniel, Damian, Dorian i najstarsze z czwórki, córka Zuzia. Wszyscy bardzo się kochali, a Bożena i Stefan oddaliby dzieciom wszystko.
     W tym roku zdecydowali zerwać z nudnym zwyczajem wigilijnej kolacji i zapewnić dzieciom trochę rozrywki: wybrać się na wigilijny spacer, pooglądać choinki w centrum, popatrzeć w gwiazdy, pośpiewać kolędy. Wrócić przed Kevinem, żeby nie przegapić tegorocznych prezentów – bamboszy od pani Mikołajowej, która w tym wcieleniu nosiła imię Aniela.
     Jeśli dzieci nie będą chciały zasnąć, pójdą na Pasterkę i będą ścigać się w drodze powrotnej do domu.
Bożena miała nadzieję, że po wysiłku fizycznym dzieci od razu pójdą spać. I nie poczują głodu.

     Wreszcie pod siódemką mieszkała pani Zofia. Kiedyś należała do klubu brydżowego Anieli, ale przestało ją to bawić.
     Wszystko przestało ją bawić dziesięć lat temu. Nawet kolorowe ubrania wydawały jej się zbyt odważne, kolędy zbyt głośne, a śmiechy zbyt ostentacyjne. Zygmunt by się z nią nie zgodził.
     Ale Zygmunta tu nie było.
     Zofia też dostawała bambosze od Anieli i to był jedyny moment w roku, kiedy jej serce na chwilę miękło i zagadywała sąsiadkę:
     – Jak tam dzieci?
     – Niestety, coś im wypadło w pracy! Wszystkim naraz! No cóż, tak to wygląda w dzisiejszym świecie, człowiek człowiekowi wilkiem. Ale jutro jadę do Roberta – kłamała gładko Aniela, a Zofia wiedziała, że jutro Aniela po prostu zabarykaduje się w mieszkaniu z książką i uda, że wyjechała. Drugiego dnia świąt skłamie, że wyjechała wcześnie rano.
     Zofia znała wszystkie sekrety swoich sąsiadów, bo nigdy nie przestawała monitorować. Nawet wigilijny wieczór stała na balkonie, nie odczuwając mrozu, i pilnowała, czy aby na pewno panuje idealna cisza. Słyszała tylko śmiejących się pod blokiem Przybyszów, przeklinającego naprawdę głośno Krzysztofa spod piątki i biegającą od mieszkania do mieszkania Anielę.
     Zofia wzdychała co roku w ten sam znudzony sposób, wchłaniając nocną ciszę. Spoglądała w gwiazdy, życzyła Zygmuntowi wesołych świąt i kładła się spać, mając nadzieję, że to ostatnia taka wigilia. I przy następnej już znowu będą razem.



Dzień 16 :)

7 komentarzy :

  1. O Boże! Takie smutne... Ta Zofia i Zygmunt troszkę straszni. Brrr... Aniela-kłamczucha nie przypadła mi do gustu, okłamuje samą siebie. A tak w ogóle to pierwsza!

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. To było taaakie smutne i taaaakie świąteczne i takie aaaaaa... </3
      Made my day C:

      Usuń
    2. A Wrzosowa to piękna nazwa dla ulicy :). W ogóle wrzosy są cudne! Są tylko kilka miejsc po hiacyntach i narcyzach.
      PS. Też chcę dostać takie kapcie *-*.

      Usuń
  3. Ciekawe opowiadanie, wprawiło mnie w melancholijny, a nawet smutny nastrój, zwłaszcza jak się człowiek zastanowi i zrozumie, że to takie prawdziwe... :')
    Katty

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne. I smutne, ale prawdziwe :')

    OdpowiedzUsuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka