23.2.19

B.U.N.T. #2 [GH]

Część pierwsza, część trzecia (wkrótce)

B.U.N.T.
#2: Scorpius Malfoy i pasta do zębów
Albus Severus nie chciał rozmawiać z Rose na temat kartki. Powiedział tylko, że nie powinna wpaść w ręce Weasley i że ma czekać, aż się wszystkiego dowie. Nie podobało jej się to, ale faktycznie miała teraz dużo poważniejszą sprawę do rozwiązania.
Następnego dnia przed kolacją pojawiła się w lochach, tuż przed wejściem do pokoju wspólnego Ślizgonów. Z przykrością stwierdziła, że nie zna nowego hasła, więc bezceremonialnie zaczęła walić pięścią w ścianę.
– MALFOY! WIEM, ŻE TAM JESTEŚ! MALFOY, OTWIERAJ ALBO LEPIEJ NIGDY NIE WYCHODŹ! – Odczekała chwilę, ale nic się nie stało. – MALFOY!
Przejście otworzyło się, ale to nie Scorpius wyszedł na korytarz. Westchnęła z ulgą, widząc Notta.
– Weasley, słychać cię na wieży astronomicznej – rzucił zamiast powitania.
– Dawaj mi tu Malfoya, to się zamknę.
– Malfoy nie chce z tobą rozmawiać.
Rose złapała się za serce, ale szybko zamaskowała ten szczery odruch szyderą.
– Ojej, moja duma nigdy nie pozbiera się po tej odmowie. Wpuść mnie do środka, sama go wywlokę.
– Rose, naprawdę…
– Zejdź mi z drogi, Nott.
I bezceremonialnie weszła do pokoju wspólnego Ślizgonów pełnego obcych nastolatków. W pierwszej chwili chciała się cofnąć i uciec, ale nie rozpoznała żadnej twarzy ze Ślizgońskiej bandy, którą minęła wcześniej na korytarzu, więc nie czuła się zagrożona. Większość Ślizgonów była przecież w porządku.
– Szukam Malfoya – rzuciła, rozglądając się po obcych w większości twarzach. Zgodnie z oczekiwaniami odpowiedział jej Xavier Diablo, chłopak w jej wieku i ścigający w drużynie Ślizgonów.
– Jest w łazience, sorka, Weasley.
Xavier układał cukierki w stos na nosie Higgsa, ale gdy wymawiał nazwisko Rose, ręka mu zadrżała i cała konstrukcja widowiskowo się posypała. Kilka osób syknęło z niezadowolenia, widząc Higgsa łapiącego lecące cukierki w dłonie.
– Długo będzie siedział w tej łazience?
Ale w tej chwili z dormitorium wyszedł Crage Zabini i Rose zjeżyła się skóra. Gdzie Crage, tam i cała jego banda, a gdzie Crage i banda, tam niebezpieczeństwo. Dziewczyna poczuła się, jakby stała w samym środku gniazda węży. Zabini był w wieku Jamesa, miał włosy przystrzyżone na jeża, złamany nos i brakowało mu lewej jedynki. Wszystkie jego obrażenia wynikały z poświęcenia dla quidditcha – był nowym kapitanem, który uwielbiał wygrywać i katować swoją drużynę treningami, a za nadrzędny cel obrał odzyskanie Pucharu Quidditcha, który Slytherin stracił dwa lata temu na rzecz kolejno Krukonów i Puchonów. Co ciekawe, James Potter, który kapitanem został rok wcześniej, miał dokładnie ten sam cel. Nawet nie był jeszcze uczniem, kiedy Gryfoni ostatnio zdobyli puchar. Jeśli tych dwoje miało spotkać się w finale, szykowała się krwawa walka, gdzie nikt nie bałby się złamać reguł.
Rose już współczuła pani Morse, która miała nieprzyjemność sędziować podczas meczów quidditcha.
Ale w tamtej chwili przede wszystkim nie miała ochoty na starcie z Cragem Zabinim – a już na pewno nie w pokoju wspólnym Ślizgonów. Ucieczka jednak też nie wchodziła w grę, bo na pewno zauważyłby, że wyszła na jego widok, a na to nie pozwalała jej odziedziczona po ojcu duma. Dlatego usiadła na kanapie obok Notta, który w którymś momencie wrócił z korytarza.
– Zauważyłeś, że Scorpius ostatnio często miewa różne obrażenia? – zagadała niby mimochodem, starając się przybrać pozę osoby dobrze poinformowanej, jakie to znowu miały być obrażenia, mimo że przyłapała Malfoya tylko raz z jakąkolwiek raną. Nonszalancko wzięła do ręki jakiś papier leżący ze stolika i jej wzrok prześlizgnął się przez tekst.
Nott posłał jej dziwne spojrzenie. Wyglądał na jednocześnie nieco zaskoczonego i niesamowicie zmęczonego samym pytaniem. Rose odwróciła od niego wzrok, udając, że czyta swoją ulotkę o castingu do reklamy pasty do zębów. Nott nie zdążył odpowiedzieć, bo Crage Zabini zaszedł Rose od tyłu. Poczuła jego szorstkie dłonie na swoich ramionach i podskoczyła.
– Malfoya tu nie ma – wyszeptał jej do ucha i poczuła jego cuchnący oddech. – Radzę ci odejść.
– Malfoy ma mi coś do powiedzenia – odparowała Rose nieco za głośno i dodała w myślach Ale jeszcze o tym nie wie.
– Nie chcemy cię tu, to nie twoje miejsce – powiedział Zabini zdecydowanie głośniej i zabrzmiał naprawdę złowrogo. Nott rozejrzał się po pokoju wspólnym i zauważył, że większość ludzi zdążyła się już ulotnić, przeczuwając nieprzyjemną konfrontację. Zostały głównie osoby, które się sprawą nie przejmowały i te, które czerpały z takich sytuacji satysfakcję. Higgs i Xavier czekali na niego, ale Emerald Nott był zbyt dumny, aby uciec tuż pod nosem Crage’a Zabiniego. Tę cechę współdzielił z Rose i doskonale go rozumiała, kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały.
– Zabini, wcale nie chce mi się z tobą walczyć – przyznała Rose leniwym głosem. – Nie możemy się po prostu rozejść w swoje strony?
Crage zacmokał.
– Widzisz, Weasley, problem jest taki, że to ty przyszłaś do mnie. A ja nie zapraszam tutaj takich jak ty.
– Jak kto? – warknął Nott, nie mogąc już ugryźć się w język. – Zabini, jesteś jedynym powodem, dla którego ludzie wzdrygają się na widok Ślizgonów. Prawdę mówiąc, twój gatunek to zaraza czarodziejów.
Pokój wypełnił śmiech Crage’a.
– Przynajmniej w moich żyłach nie płynie szlam – powiedział tonem ociekającym odrazą, kładąc dłonie na karku Rose.
W tym momencie precyzyjnie miotnięte zaklęcie rzuciło ciałem Zabiniego o ścianę. W drzwiach dormitorium stał Scorpius Malfoy, którego ktoś ewidentnie potraktował jakąś paskudną wersją zaklęcia żądlącego. Nie tylko całą twarz miał niewiarygodnie spuchniętą, ale pokrytą na przemian ropiejącymi i krwawiącymi bąblami. Nie wyglądało to dobrze. Na pewno ograniczało Malfoyowi pole widzenia.
– Nie masz prawa jej dotykać – wycedził, plując przez spuchnięte wargi.
Zabini podniósł się z ziemi i wytarł rękawem usta.
– Już nie boli, Malfoy? Jesteś takim samym śmieciem jak ona, jesteś największym wstydem swojego rodu.
Scorpius uśmiechnął się w duchu. Słyszał to już wystarczająco dużo razy.
– Możesz mnie torturować i obrażać, ale nie pozwolę na to, żebyś w jakikolwiek sposób obrażał moich przyjaciół. Szczególnie Rose Weasley.
Wcześniej sparaliżowana szokiem dziewczyna podniosła się z fotela.
– Daj spokój, Scorpius. Nie ma sensu się przejmować.
– Wiesz, jaki jest twój problem, Zabini? Ani nikt się ciebie nie boi, ani nikt cię nie lubi. Jesteś zwyczajnym zerem. Nawet szkoda mi na ciebie mojej różdżki.
Rose wzruszyła ramionami i mówiąc Ale mi nie szkoda, potraktowała Zabiniego podręcznikowym przykładem idealnie rzuconego upiorogacka.
– Trzymaj swoje brudne łapy z dala od Rose Weasley – warknął Malfoy. Objąwszy go ramieniem w pasie, Rose wyprowadziła chłopaka z powrotem na korytarz.
– Powinnam podziękować Nottowi – zauważyła już w drodze do skrzydła szpitalnego. Malfoy spojrzał na nią z ukosa, więc dodała: – I tobie. Ale nie ukrywam, że o wiele łatwiej by mi się dziękowało, gdybym wiedziała, o co chodzi. Co jest z twoją twarzą? To Zabini?
Scorpius skinął głową, milcząc.
– Dlaczego? Dzisiaj się mu postawiłeś, nie mogłeś wcześniej? Ile to już trwa?
– Dzisiaj – przerwał jej potok pytań – było inaczej. Dzisiaj musiałem cię bronić.
– Wiesz, że dałabym sobie radę.
Malfoy mruknął coś w odpowiedzi.
– Jak długo to trwało? – Rose ponowiła pytanie.
– Jakiś czas, nie wiem dokładnie. Nie wiem, jak się w to wszystko wplątałem, Rose. Naprawdę nie wiem. Na początku chciałem być ponad to, potem nie było warto, potem chciałem przeczekać, a potem… bałem się Crage’a Zabiniego.
– To nie w twoim stylu. Tak się dawać.
– Może i nie w moim – westchnął Scorpius. Po prostu bałem się, że coś ci zrobią, dopowiedział w myślach.
Rose milczała przez chwilę.
– To było naprawdę wspaniałe, wiesz – powiedziała w końcu tak cicho, że prawie szeptała. – Patrzeć, jak się za mnie wstawiasz. Jestem z ciebie taka dumna, Malfoy.
Malfoy zarzucił jej swoje ramię na szyję.
– Oj, Weasley, jak to miło, kiedy czasem docierasz do swojej niekompletnie oszalałej strony.
Rose parsknęła śmiechem.
– Nie skończyłam z tobą jeszcze, wiesz?
– Wiem. Ale gadanie mnie boli. Spotkajmy się wieczorem na brzegu jeziora.
– Romantycznie, nie znałam cię od tej strony, Malfoy.
Scorpius zaśmiał się serdecznie, ale zaraz jęknął z bólu. Kiedy dotarł do skrzydła szpitalnego, pan Tie załamał ręce. Scorpius go nie winił. Nie mógł jednak pozbyć się tego uczucia ulgi – to chyba wreszcie będzie koniec, prawda? Wreszcie przestanie się bać.

Dzień był taki ciepły, że nawet przy zachodzącym słońcu wokół jeziora zgromadziło się całkiem sporo uczniów. James i Lydia ukradli coś Fredowi, który teraz szaleńczo ganiał za roześmianą dwójką. Ben McFrogg z Hufflepufu siedział pod drzewem i obściskiwał się z młodszą Krukonką Annie Quinn. Po drugiej stronie pnia Ślizgonka Catherine Ward położyła głowę na kolanach Cynthii Cyrill. Gdzieś obok rumiana Lily Potter rozmawiała z Evangeline Wood, a Lena Donner i Marshall Marshmallow wyczarowywali iskierki i bańki mydlane, obserwując je znudzonym wzrokiem.
Dla wszystkich było jasne, że to jeden z ostatnich tak pięknych dni w tym roku i chcieli tę leniwą aurę wchłonąć całym ciałem, zanim przyjdzie zmierzyć się z zimą.
Skąpana w świetle zachodzącego słońca Rose Weasley trzymała stopy w jeziorze i opierała się na łokciach, czekając na Scorpiusa Malfoya. Odczuwała wielką ulgę, a do tego – choć nigdy by się do tego nie przyznała – odtwarzała raz po raz w głowie tę scenę, kiedy opuchnięty i obrzydliwy Scorpius wypluł z siebie Nie masz prawa jej dotykać. Po plecach Rose przebiegł zdecydowanie niechciany dreszcz. Szczególnie Rose Weasley. Czy to rumieniec?
– Co cię tak cieszy? – spytał Scorpius, teraz już wyglądający dużo lepiej i tylko trochę obklejony plastrami, wyciągając do niej czekoladowe kociołki. Chwyciła smakołyk mechanicznie. Westchnęła.
– To chyba wielka kałamarnica łaskocze mi stopy.
– Ty nie masz łaskotek – przypomniał Scorpius i dał jej lekkiego kuksańca.
No tak. Wiedział o niej tak dużo, a ona ciągle o tym zapominała.
– Chcesz mi dokładnie wszystko opowiedzieć? – spytała w końcu Rose. Scorpius odgryzł kawałek swojej czekoladki, zanim odpowiedział.
– To było naprawdę dziwne, wiesz? Zaczęło się od tego, co zawsze… że plamię swoje nazwisko i jestem zdrajcą Slytherinu… Czasem wywracałem oczami, czasem odpowiadałem, a raz Cornelius oberwał ode mnie galaretowatymi nogami. Jestem do tego przyzwyczajony, że wszyscy patrzą na mnie jak na porażkę.
– Scorpius... – powiedziała Rose z wyrzutem, ale na tyle cicho, że nie zaszkodziło to opowieści.
– Ale wiesz, to zaczęło wchodzić mi trochę do głowy. W drugą stronę. Faktycznie nie pasuję do Śligonów, co ja tam robię? No tak, bo kiedy miałem jedenaście lat, byłem dupkiem. Ale czy to znaczy, że Tiara nie widziała we mnie potencjału do zmiany? Co jeśli faktycznie jestem wewnętrznie dupkiem i tylko… tylko udaję.
– Scorpius! Że co? – Rose użyła swojego tonu kontrolera i Malfoy musiał na nią spojrzeć. – Przestań gadać głupoty. Nie jesteś Ślizgonem, bo jesteś dupkiem, co to w ogóle za debilizm. Nie to jest przecież cechą waszego domu.
– To właściwie to samo, co spryt – wymamrotał i uciekł gdzieś wzrokiem, odwracając twarz.
– Nie, Malfoy – zaprzeczyła natychmiast i ujęła jego twarz w dłonie, żeby musiał na nią patrzeć. – Jesteś Ślizgonem, bo przede wszystkim cenisz ambicję. Ambicję bycia kimś więcej niż marną kopią ojca, bycia kimś więcej niż demonizamowany, stereotypowy Ślizgon, ambicję do przerastania samego siebie każdego dnia. Jesteś Ślizgonem, bo twój spryt pozwala ci egzystować w zawieszeniu między przyjaźnią z nami a dobrymi relacjami z rodzicami. Jesteś Ślizgonem, bo twój ojciec nadal nie znalazł szalika Gryffindoru, w którym chodzisz całą zimę. Jesteś Ślizgonem, bo nie czujesz się lepszy, ale wiesz, że możesz więcej. Bo twoja duma nie pozwala ci zmieścić się w normalnych drzwiach. Jesteś Ślizgonem, bo nie cofniesz się przed niczym, żeby osiągnąć swój cel. Którym często jest pomoc twoim przyjaciołom, do cholery. Jesteś tym, czym Slytherin powinien być. I jesteś tysiąc razy lepszy ode mnie we wszystkim, co robisz. Jesteś cholernie dobrym Ślizgonem, Malfoy.
Scorpius uśmiechnął się lekko i ścisnął dłonie Rose.
– Jesteś cholernie dobrym Gryfonem, Weasley.
– Więc dobrze się dobraliśmy, co nie? – uśmiechnęła się do niego, a jej policzki poróżowiały.
Przez chwilę oglądali lekko falujące drzewa albo nogi Rose rozchlapujące wodę w jeziorze – zależy. Błonia pustoszały. Wreszcie dziewczyna nie wytrzymała.
– Dlaczego dałeś się bić?
Scorpius zesztywniał.
– Nie wiem.
– Skończ pieprzyć.
Malfoy westchnął.
– Zaczęli się czepiać mojego latania, że jestem beznadziejnym ścigającym i nie wykorzystuję w ogóle swoich zdolności, co było zrozumiałe z ich strony… ale potem Crage próbował mnie zmotywować tymi obelgami. Chciał, żeby moja ambicja wyszła przy tym na wierzch, co faktycznie mogło zadziałać, gdyby nie… gdyby nie, no, nie padło tam twój imię.
Scorpius odwrócił wzrok, a Rose oniemiała.
– Powiedział coś w stylu, że jak nie wezmę się za siebie, to on weźmie się za ciebie, więc mu przyłożyłem.
– Och, Scorpius… – westchnęła Rose i ukryła twarz w dłoniach.
– A potem oni przyłożyli mi bardziej i zagrozili, że jak spróbuję czegoś takiego jeszcze raz, to faktycznie wezmą się za ciebie. Nie chodzi o to, że nie sądzę, że nie potrafisz się obronić, po prostu… Nie chciałem, żebyś kiedykolwiek musiała się bronić… do tego przeze mnie.
Wtedy poczuł dwie drobne ręce oplatające ciasno jego szyję i po chwili zatopił twarz w szalonych rudych włosach. Wdychał zapach Rose, jakby to były najpiękniejsze kwiaty, a przez jego głowę przemknęło pytanie, czy to czasem nie jest pierwszy raz, kiedy się przytulają. Po długiej chwili, która wydawała się zbyt krótka, Rose się odsunęła, odchrząknęła i wydusiła z siebie:
– Jak ktoś mnie o to spyta, to zaprzeczę.
Scorpius roześmiał się serdecznie i jeszcze raz objął Rose, która wydała z siebie głośny jęk sprzeciwu, ale tak naprawdę nadal szeroko się uśmiechała.
Wracali do zamku ramię w ramię, ale nie rozmawiali. Rose gorączkowo nad czymś myślała, a Scorpius nie do końca chciał jej przeszkadzać. Musiał w końcu jednak podzielić się z nią jeszcze jedną myślą.
– Chyba rzucę quidditcha.
– Co? Przecież ty kochasz latać – zdziwiła się.
– Kocham latać, ale nie cierpię grać. I nie cierpię Zabiniego… tak to właściwie przestanę go widywać.
– A co powie na to ojciec?
Scorpius prychnął.
– Gdybym przejmował się tym, co powie ojciec, to w pierwszej kolejności w ogóle nie byłoby tej rozmowy – zauważył, a Rose parsknęła śmiechem. Weszli na schody, zmierzając podświadomie do wieży Gryffindoru.
– Wiesz, że cię wspieram, Scorp, ale… nie zrezygnujesz, bez kitu. Nie wierzę.
– Że co? – sparodiował jej firmowy ton głosu, więc szturchnęła go łokciem w bok. Przystanęli na schodach.
– Naprawdę. Nie przeżyjesz bez siedzenia okrakiem na kiju od szczoty co najmniej dwa razy w tygodniu.
– No wiesz co, Weasley. Będziesz to odszczekiwać.
– Ta? A chcesz się założyć?
Patrzyła mu w oczy, wyraźnie rzucając wyzwanie. Scorpius nie potrafił odmówić wyzwaniu, szczególnie jeśli rzucała je Rose Weasley.
– O co? – rzucił przez zaciśnięte zęby. Niemal widział trybiki obracające się pod czaszką Rose, aż jej oczy rozszerzyły się, sygnalizując zakończenie procesów myślowych.
– Zgłosisz się do tej reklamy pasty do zębów.
– ŻE CO?
Scorpius był naprawdę przerażony.
– Nott ma taką ulotkę. Wypełnisz ją i wyślesz. Jak wygrasz, będziesz reklamował pastę do zębów. Takie są moje warunki. Tchórzysz?
Malfoy uśmiechnął się.
– Nigdy.
– Świetnie – przyznała Rose i uniosło wysoko brodę.
– Ale jeśli ty przegrasz… – zaczął Malfoy, a oczy mu zabłyszczały – będziesz nosić szalik Slytherinu. Tak jak ja noszę Gryffindoru.
Rose poladła.
– Że co? – zapytała bardzo swoim tonem i Scorpius się zaśmiał.
– Tchórzysz, Weasley?
Rose musiała zadrzeć głowę, ale patrzyła prosto w oczy Scorpiusowi (dlaczego on jest taki wysoki?), kiedy bardzo wyraźnym i stanowczym tonem zadeklarowała:
– Nigdy nie tchórzę.
***
Albus Severus siedział w swoim dormitorium i zawzięcie coś pisał. Tuż obok niego Riley Roger bił się z magicznymi farbami.
– Ty wiesz, że te moje brudne spodnie to tylko taki look, co nie? Nie umiem malować – zauważył, naprawdę obawiając się, że Albus tego nie wie.
– Nie musisz nic malować, chodzi mi o napis.
– Nie możesz go po prostu wyczarować?
Albus się zaczerwienił.
– Po pierwsze: nie. Po drugie: to zaprzeczy kompletnie temu, co próbuję osiągnąć. Chodzi o to, żeby to robić bez magii.
Riley zrobił nietęgą minę.
– I potrzebujesz tylko jeden taki plakat?
Albus zesztywniał.
– To już mogę zrobić magią.
Riley się roześmiał.
– Aha, bo to kompletnie co innego.
Al zdzielił go pergaminem po głowie, więc wrócili do pracy. Riley jednak nie byłby Rileyem, gdyby nie odezwał się po chwili znowu. Potterowi to tak naprawdę bardzo odpowiadało.
– Nie mogę uwierzyć, że McGonnagall się z tobą nie zgodziła.
– Ja też nie.
– Ale jesteś pewien, że chcesz robić rewolucję?
– Tysiąc procent.
– Aha – potaknął Riley i naprawdę wrócił do pracy.
Chłopcy nadal nie mieli na sobie szkolnych szat.
***
Scorpius Malfoy i Emerald Nott weszli do wielkiej sali roześmiani, w szampańskich nastrojach, ewidentnie podejrzanie wyglądający. Rose zmierzyła ich spojrzeniem, a potem jeszcze raz, kiedy zamiast do stołu Ślizgonów, podeszli do Gryfonów. Scorpius miał w ręce paczkę.
– Przesyłka dla ROOOOOOSEEE! – zaśpiewał, zrzucając zawiniątko na jeszcze pusty talerz dziewczyny.
– O co chodzi? – spytała podejrzliwie i nie dotknęła paczki.
– Scorpius Malfoy oficjalnie nie jest w drużynie quidditcha! – zawołał Nott i oboje wznieśli triumfalnie ręce. Pięść Malfoya była zaczerwieniona. Laurel wybałuszyła na nich oczy, ale Rose tylko przekrzywiła głowę. Scorpius zachowywał się bardzo podejrzanie i zupełnie nie w swoim stylu.
– Coś mi tu śmierdzi – zauważyła. – Niby co powiedziałeś Zabiniemu?
– Że chcę odejść. – Malfoy wzruszył ramionami. Rose uniosła brwi.
– A on co na to?
Teraz Nott też patrzył na Scorpiusa, a ten się zmieszał. Zagryzł wargi.
– Że pewnie ty mi kazałaś, bo siedzę pod twoim pantoflem.
Rose zrobiła dziwną minę.
– Tylko tyle? To nie w jego stylu.
Scorpius westchnął.
– I że tego właśnie spodziewał się po kumplu szlam i zdrajców.
Rose czekała.
– Wtedy mu przywaliłem.
Uśmiechnęła się złośliwie
– I co on na to? – zapytała w końcu Laurel, siedząc już jak na szpilkach. Malfoy wzruszył ramionami.
– Że wylatuję z drużyny. Wygrałem zakład, Rose. Nawet ładnie zapakowałem ci szalki.
Rose wstała, a Nott się cofnął. Wyjęła coś z tylnej kieszeni dżinsów.
– Widzisz, Malfoy, dlatego zawsze czyta się drobny druczek. Nie ma cię w drużynie, to fakt. Ale technicznie, Zabini cię z niej wywalił. A umowa była taka, że sam odejdziesz… więc, technicznie, ja wygrałam.
– NO EJ! – zawołał Scorpius. – Przecież pierwszy powiedziałem, że chcę odejść!
Chcesz odejść. Nie odchodzisz – poprawiła. – Musisz się jeszcze wiele nauczyć o tym, jak ważne są słowa, Scorpius. – Podała oniemiałemu chłopakowi ulotkę. – Mam nadzieję, że wygrasz. To będziesz prawdziwa uczta dla oka.
Scorpius wydał z siebie jęk.
– No przecież to ja wygrałem.
Rose zachichotała.
– Oj, Scorpius… nie wiesz, że ja nigdy nie przegrywam?
Westchnął i pokiwał głową. Wiedział aż za dobrze. Wtem przy ich boku pojawił się znikąd Albus, a Rose aż poczerwieniała.
– Gdzieś ty był? Co ty wyprawiasz? O co ci chodzi?
Albus ją zignorował.
– Hej, byłoby super, gdybyście jutro nadal mogli nie ubierać szat i znowu zebrać do tego jak najwięcej ludzi, bo zaczynają się wykruszać. To jest dla mnie super ważne, ale nie mogę nic powiedzieć. Jutro się wszystko zacznie.
I z tą tajemniczą wróżbą, odszedł. Bez śniadania.
Cały dzień Rose siedziała jak na szpilkach i nie mogła się kompletnie na niczym skupić. Nie udało jej się dowiedzieć, co kombinuje Albus – odbierała to jako osobistą porażkę. Wszystko przez tego durnego Malfoya. Jak zwykle.
Tajemnicza sytuacja wyjaśniła się jednak już na śniadaniu. W całej sali wrzało, była pełna po brzegi, a znacząca część uczniów znów nie ubrała szat. Szeptany marketing Albusa widocznie świetnie działał. Rose nic nie jadła, oczekując w napięciu. Coś się powinno wydarzyć. Coś się musi wydarzyć.
– Galopujące gorgony – mruknęła Laurel, a Rose spojrzała w tym samym kierunku.
Albus stał na stole. Mnóstwo osób przerywało rozmowy, żeby na niego spojrzeć. Profesor Longbottom wstał i ruszył w jego stronę, jednak wtedy Albus zaczął mówić magicznie wzmocnionym głosem.
– Uczniowie! Moja kuzynka Rose powiedziała mi kiedyś, że wiedza jest niczym bez odwagi, żeby za nią podążać. Robię więc teraz najodważniejszą rzecz w moim życiu i mówię do was.
Ludzie umilkli. Patrzyli po sobie w zdumieniu.
– Coś jest bardzo nie tak z tą szkołą! Uczymy się tutaj trzech zaklęć na krzyż i mamy jeden sport, który czcimy jak największą świętość. Ale co z ludźmi, którzy nie są zbyt dobrzy w lataniu na miotle i warzeniu eliksirów?
Longbottom przystanął.
– Co z artystami? Pisarzami, malarzami, muzykami? Co z tancerzami? Co ze sportowcami, którzy robią coś więcej niż uporczywe trzymanie się kija?
Kilka osób pokiwało głowami.
– Jakie możliwości daje nam Hogwart, żeby wyrażać siebie?!
Grupka Krukonów wiwatowała.
– CHCECIE PRZYKŁADÓW?!
Więcej ludzi wzniosło okrzyki.
– ROSE WEASLEY!
Rose poczerwieniała, ale nie spuściła wzroku.
– Rose jest twórcą zaklęć, jej pasją jest najważniejsza dziedzina naszej nauki, ale grono nauczycielskie powiedziało jej, że to niebezpieczne, więc robi to po kątach i w tajnym zeszycie, który trzyma pod łóżkiem.
Tłum zabuczał. Profesor Longbottom spojrzał z dezaprobatą na Rose, ale to przecież nie pierwszy raz.
– Scorpius Malfoy uwielbia latać na miotle, ale nie grać w quidditcha. O wiele lepiej sprawdziłby się w jakichś akrobacjach, ale HOGWART MU TEGO NIE DAJE.
Tłum zabuczał głośniej.
– Diamond Thomas jest świetną aktorką! Dean King jest malarzem! Harvey Jefferson gra na gitarze! Czy ktoś z was kiedykolwiek słyszał, jak on gra?
Cisza.
– KTO SŁYSZAŁ, JAK HARVEY GRA?!
Na sali zawrzało.
– HOGWART HODUJE NAS JAK OGRANICZONĄ, WYPRANĄ Z INDYWIDUALIZMU CIEMNĄ MASĘ, KTÓREJ HORYZONTY ZAMYKAJĄ SIĘ NA BŁONIACH. KONIEC Z TYM! NIE GÓDŹMY SIĘ NA OPĘTANIE TRADYCJI I ZDEJMIJMY SZATY, KTÓRE SYMBOLIZUJĄ NASZE ZNIEWOLENIE. KONIEC Z SZTAMI! KONIEC Z SZATAMI! KONIEC Z SZATAMI!
Tłum skandował. Zapanował chaos. Ludzie krzyczeli, walili w stoły. Justin Higgs jako pierwszy wskoczył na stół i malowniczo zdarł z siebie szatę, odkrywając dżinsy i T-shirt. Za jego przykładem podążyły całe grupy Ślizgonów i Krukonów. Większość Gryfonów już szat na sobie nie miała, więc tylko skandowali, tupali, klaskali.
Profesor McGonnagall wstała i podeszła do mównicy. Po chwili zapanował spokój.
– Panie Potter, proszę zejść ze stołu – zaczęła i zapanowała grobowa cisza. Albus nie zszedł ze stołu. – To jest niedorzeczne, właśnie zarobił pan dożywotni szlaban. Natychmiast zejdź ze stołu.
Albus się nie odzywał, tylko patrzył nauczycielce prosto w oczy.
Wtedy z sufitu zaczęły spływać ulotki. Rose schwyciła jedną. Były proste i ręcznie malowane.
B.U.N.T.
BRAWUROWE UWOLNIENIE NATURALNYCH TALENTÓW
ZEDRZYJ SZATY, POKAŻ SIEBIE.
Zakryła usta dłonią, ale tak naprawdę szeroko się uśmiechnęła.

___________
Tadaaa!

O, jak ja lubię ten koncept i te opowiadania. Nie wyobrażacie sobie. Finałowa część prawdopodobnie będzie najdłuższa, a muszę trochę odpocząć od HP, więc chyba nowa Pięciolinia w międzyczasie.

Czy ta część, która przecież zamiast na Albusie, skupia się na Rose i Scorpiusie, jest tej historii potrzebna? Odpowiadam: TAK, ponieważ rewolucja Albusa jest katalizatorem dużych zmian w ich relacji i życiu Scorpiusa. To nie dzieje się obok - to wszystko jest ze sobą splątane. Dlatego środkowa część jest dedykowana moim ulubionym dzieciom.

Jeśli udało ci się dotrwać dotąd, to dziękuję bardzo <3. Pamiętaj, żeby skomentować, zaobserwować i polajkować, a dzięki temu moja dusza będzie dobrze odżywiona.

9 komentarzy :

  1. Ha, w takim razie jestem węglowodanami i makreolementami twojej duszy :P.
    Ale to opowiadanie jest super! Bardzo podobał mi się dialog o sylterinie, i zamysł buntu Albusa i w ogóle wszystko! Na prawdę lubię twój Next Gen (tym razem otworzyłam sobie drzewo genealogiczne i w końcu wiem kto jest czyim dzieckiem, to dużo rozjaśnia) i cieszę się że o nich piszesz! Kocham to 'licealne' tło. Rose jest cudowna, widzę w niej swoją dyktatorską część :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda! Jak nie komentujesz kilku postów z rzędu to zaczynam się martwić. Jeśli kiedyś przestaniesz mnie odżywiać, to uschnę.
      Uwielbiam scenę nad jeziorem i dialog o slytherinie, chyba komuś zapłacę, żeby mi ją ładnie namalował z tłem.
      Aww, dziękuję <33. Uwielbiam o nich pisać, więc miło, że chociaż jedna osoba lubi tych przygłupów tak samo, jak ja :D.
      O matko, nawet mi nie przyszło do głowy, że można nie wiedzieć, kto jest kim! Chyba będę to bardziej sygnalizować teraz.
      Rose eksploruje te cechy mnie, których w sobie bardzo nie lubię i ją uwielbiam, to jest moje ulubione dziecko <3.

      Usuń
    2. Na Deszczach brakuje przy ostatniej kartce z pamiętnika (i mam nadzieję że tylko tam), bo po pół godziny pisania komentarza wysiadł mi internet i się obraziłam, a tutaj nie ma przy opowiadaniu o strachu na wróble (jutro?). Pamiętam o nim, ale sobie obiecałam że najpierw coś na jego podstawie narysuję, no i w ten sposób czeka sobie od stu lat.
      Tak więc nie ususzę twojej duszy (czego nie mogę obiecać swoim kwiatkom), don't you worry.

      Usuń
    3. Ooo, pamiętasz o strachu! Ale super, w takim razie czekam niecierpliwie <3

      Usuń
  2. Aaaa, świetne <3
    Scena nad jeziorem jest po prostu idealna, coś wspaniałego... I te subtelne detale Scrose - tu rumieniec, tam patrzenie na nogi, "Szczegołnie Rose Weasley" <3
    Odświeżyłam sobie wczoraj pierwszą część, ale chyba ta mi się bardziej podoba (przez Scrose? hmm, nie wiem, nie wiem)
    B.U.N.T. Albusa bardzo mi się podoba i nie mogę się doczekąc ostaniej części, w której będzie przewodził rewolucją!

    PS Na Pięciolinię też czekam z niecierpliwością!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3
      Taaaak, moje nieudolne dzieci <3. Niedługo je zejdę, naprawdę. Jeszcze trochę :D.
      Ja mam mieszane uczucia, pierwsza część ma lepszy klimat...
      Dzięki <3.

      Usuń
  3. Marshall Marshmallow! Cudowne imię ❤️
    Twój dialog o Syltherinie sprawił, że po raz pierwszy naprawdę dostrzegłam dobre cechy tego domu. Dzięki!
    I jestem bardzo ciekawa, jakie nowe porządki zapamyka w Hogwarcie oraz tego, jak to wpłynie na życie bohaterów c:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaaa! Miałam nadzieję, że ktoś zwróci na niego uwagę <3. Głupie imiona w Hogwarcie to mój konik, wspominałam już kiedyś kolesia o imieniu Knee Cap, ale Marshall to mój absolutny faworyt.
      Super! Przydział tych bohaterów (szczególnie Rose i Scorpiusa) był trochę kontrowersyjny w poprzednich latach, więc mam nadzieję, że teraz to jest trochę jaśniejsze :).
      Polecam odświeżyć sobie poprzednie opowiadania (i notki pod nimi, bo kocham spoilerować własne opka), tam to trochę widać :D.

      Usuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka