21.6.15

Corps de ballet

→  COUPÉ
Bycie po tej stronie jest dziwne. Czuję się jak zdrajczyni. To irracjonalne, wiem, ale tak jest. Muzyka brzmi tu inaczej. Nie rozchodzi się w kościach, nie czuję jej we wnętrzu ciała. Otacza mnie i zamyka szczelnie dookoła. Ciekawe doznanie, ale nie może się równać z uczuciem rytmicznych, wewnętrznych wibracji, obijania nut o organy i przepełniającym wnętrze echem.
Z tej odległości nie widzę kropelek potu na skórze i tylko dzięki mojej pamięci wiem, jak umięśnione mają ciała. Nie podobają mi się stroje. Od początku byłam im przeciwna, bo ramiona wyglądały w nich zbyt męsko, ale teraz wiem, że z tej odległości nie robi to różnicy. 
Chciałabym wykorzystać tę wiedzę w praktyce. Wybierać takie stroje, które dobrze wyglądają z daleka, które spodobają się publiczności. Żeby materiał był bardziej lejący się, a może żeby lepiej wyglądał przy skokach, a może żeby bardziej oplatał ręce i tworzył mglistą zasłonę?
Muzyka się zmienia i wychodzą on i ona. Wstrzymuję oddech. Zaczyna się entrée. Potrafię sobie wyobrazić, jak ona delikatnie wierci się, jakby miało jej to pomóc z tremą, a na jego czoło wstępuje pot. W głowach pewnie odliczają.
Biały puder na jej ciele nadaje jej wygląd zjawy, topielicy, szyszymory. Willidy. Oświetlenie sprawia, że wydaje się wręcz sina. Umięśnione ramiona są teraz lepiej widoczne. Mam dreszcze. Załamuje ręce i wznosi twarz ku sufitowi w niemym błaganiu. Zamyka oczy, jakby chciała wstąpić do nieba. Pozostaje tak przez chwilę lub dwie i muzyka znów się zmienia, a ona trochę nagle, a trochę delikatnie unosi się na palcach. Pointe. Unosi ręce niczym trupie skrzydła i małymi, drobnymi krokami cofa się w głąb sceny. Unosi delikatnie nogę i wygląda, jakby się odradzała, wyłaniała, a wtedy on do niej dołącza.
Krzyżują swoje drogi i kreślą koła i okręgi dookoła siebie, raz po raz to zbliżając się, to oddalając. Ona wygląda na nieśmiałą i przerażoną, jej twarz stygnie w wyrazie niemej, trupiej agonii, kiedy on łapie ją w pasie i rozpoczynają następną część.
Wyglądają, jakby płynęli, sunęli przez czerń sceny. Kiedy on unosi ją delikatnie, wydaje się lekka niczym piórko, jakby unoszenie jej było dla niego czystą przyjemnością, jakby robił to spontanicznie, bez ćwiczeń, wydaje się, że wręcz pragnie podnosić ją i podnosić, bo to dla niego proste i przede wszystkim sprawia mu radość, chociaż jej martwe ciało powinno być śliskie i ohydne. Tulą się do siebie, a potem widzę pirouette. Jeden, drugi, trzeci. I chociaż wiem, że on tylko parteruje i to ona wdzięczy się i kręci, to mam wrażenie, jakby była na wpół martwą lalką, marionetką w jego dłoniach, kiedy nadaje jej kształt i określa kolejne ruchy, nawet gdy ona już odchodzi, pozostaje w jakiś sposób z nim połączona, bo to przecież miłość, nawet kiedy jej już nie ma. I to widać. To nie są ich role, to są oni.
W głowie odtwarzam każdy ruch, który ona wykonuje, każde uniesienie nogi i każdy krąg kreślony delikatną dłonią i widzę siebie przed lustrem, kiedy robię tę samą, zdziwioną, trupią minę, kiedy dobieram odcień pudru i kiedy wykonuję te same płynne skoki, a potem on łapie mnie w talii, bo się przewracam, ale to tylko próba, więc się nie martwię, a teraz chyba płaczę i mimo że nie doszli jeszcze nawet do cody, mam ochotę być gdzieś indziej, bo przecież znam to przedstawienie na pamięć, ponieważ to ja powinnam być tam teraz na scenie i to powinno być moje pas de deux, ponieważ to moja sukienka i moja szafka za kulisami, to moja scena i całe moje życie.
A teraz już się skończyło i już nie mam życia.
Złapał ją za ramię trochę zbyt gwałtownie i na jego dłoni został jej biały puder, a trochę ciemniejszej skóry przebija się, jakby też pragnęło uwagi i braw. Kilkoro młodszych widzów zachichotało na ten widok. I ona już wykonuje ostatnie kroki i skoki i wygląda trochę jak kot, a trochę jak łabędź, a potem wchodzi corps i idealnie zsynchronizowane oddają ostatni ukłon i tańczą ostatnią partię, jednocześnie tak samo skacząc i unosząc tak samo takie same dłonie. Z mojego miejsca widzę, że brakuje jednej tancerki, która teraz jest primabaleriną. Nie udało się zapełnić luki w ciele.
Co za ironia.
Ocieram oczy i biję brawo razem ze wszystkimi, kiedy po kolei wychodzą wszyscy grający i kłaniają się. Ludzie dookoła mnie wstają. Kilku młodszych chłopców gwiżdże. Kurtyna opada.
Ktoś łapie za rączki mojego wózka, pewnie mama, i wyprowadza mnie na zewnątrz.

Moja notka odautorska na temat tego tekstu wyjątkowo znajduje się tutaj, ponieważ to pierwszy tekst itd. Co do tytułu:
Corps de ballet – inaczej zespół tancerek i tancerzy, którzy wykonują zwykle tańce zespołowe w dużej grupie. Z franc. dosłownie: ciało baletowe.


13 komentarzy :

  1. ujmujące *-* czekam na kolejne wpisy ;3

    OdpowiedzUsuń
  2. Ala. To było niesamowite. Jak zwykle. Podziwiam i cenię sobie twój styl, porównania, płynność tekstu. Poza tym reaserch, jaki musiałaś zrobić... Wiem, e to bardzo przyjemna część pisania, nie myśl sobie. W myślach podstawiłam sobie ciebie pod tą baletnicę na scenie. Niesamowicie jest czytać o czymś, co fascynuje autora. Efekt "Corps de ballet" jest niesamowity. Szapoba, czy jak to w cholerę się pisze. Czekam na kolejną pracę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Omatko ile powtórzeń XD Sorcia.

      Usuń
    2. Jejciu, Ellerciu, ty to umiesz zawstydzić człowieka <3.
      Z tym researchem, to mimo wszystko się ograniczyłam z tym całym specjalistycznym słownictwem, bo im więcej takiego, tym większe prawdopodobieństwo gafy XD.
      Wiesz, gdyby w moim mieście dziesięć lat temu była szkoła baletowa, to na 70% byłabym teraz baleriną ;).
      Chapeau bas. Wyguglałam XD.
      Dziękuję ci wielce, że poświęciłaś swój czas mojemu Ciałku <3.

      Usuń
  3. Jakie to było piękne... Człowiek się czuje, jakby jadł czekoladę... Albo fruwał... Albo... Nie ważne - to jak piszesz jest po prostu nieziemskie. Szkoda tylko, że zakończenie trochę sprowadza człowieka na ziemię.
    Obserwuję i zostaję na dłużej. kotoanalityk.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak już wcześniej zostało powiedziane opowiadanie jest ujmujące. Czytając czułam się jakbym stała tuż obok tancerzy na scenie i widziałam każdy najmniejszy szczegół i ruch, chociaż o balecie żadnego pojęcia nie mam. Należą Ci się brwa ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kocham! Za każdym razem jeszcze bardziej. Jak już pisałam, ujmujące. Majstersztyk. A nocą czyta się najlepiej. <3.

    OdpowiedzUsuń
  6. Gdyby nie to ze jest 2 w nocy, to bym wzięła, i kurde usiadła z ołówkiem w ręku. Ja muszę zacząć ilustrować twoje teksty! To jest genialne. I tak inspirujące! Nie mogę wyjść z podziwu 😍 Smuci mnie tylko to, ze już nie mam więcej co czytać, wszystko sobie odświeżyłam :C Byle do jutra(a właściwie dzisiaj *-*)! ❤!

    OdpowiedzUsuń
  7. O maj Gad.
    Toż to jakieś mistrzostwo.
    Nadal mam łzy w oczach.
    Kobieto, ja miałam matmę robić. Teraz nie jestem w stanie.
    Jeju, to jest przecudowne *.*
    I jeszcze tytuł francuski.
    Perfekcja w perfekcji.
    Nie wiem, co piszę.
    Nie wiem, co napisać.
    Wyobraź sobie, że robię ci owację na stojąco. Bo tak jest.
    Rany, dlaczego ja tego wcześniej nie przeczytałam.
    <3 <3 <3
    Słów mi brak.
    Chapeau bas.

    OdpowiedzUsuń
  8. Czytam to już któryś raz. I któryś raz płaczę tak samo, jak płakałam za pierwszym.
    K o c h a m.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale super, że to jest w topce <3. Zawsze miło sobie odświeżyć.

    OdpowiedzUsuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka